Kariera

Piotr Kupicha (Feel) – biznes i rock'n'roll. Wywiad

2019-01-15, Autor: Tomasz Raudner

Kiedyś zamykałem pensjonat na tydzień, bo tyle trwała impreza z kumplami. Dziś twardo stąpam po ziemi - mówi Piotr Kupicha, katowiczanin, założyciel i lider jednego z najpopularniejszych zespołów w Polsce - Feel w wywiadzie z portalem ŚląskiBiznes.pl. Rozmawiamy o zarabianiu pieniędzy, smogu czy stosunku do imprez firmowych, w środowisku nazywanych chałturami.

Tomasz Raudner, ŚląskiBiznes.pl: Zacznijmy od występu zespołu Feel podczas sylwestra na Stadionie Śląskim. Czy dla ciebie, chłopaka ze Śląska występ na takiej arenie ma wyjątkowe znaczenie?
Piotr Kupicha
: Sam występ w sylwestra niekoniecznie. To robota, którą trzeba było zrobić, jak ciosanie klocka. Za to fajne mrówki poczułem na próbach. Związane były z koncertem Gunsów w pełnym składzie, który zupełnie niedawno się odbył. Wtedy, na koncercie poczułem się niesamowicie w gronie ponad 40 tys. Ślązaków, i nie tylko. I na próbie, kiedy sobie o tym przypomniałem, uświadomiłem sobie, że koncert sylwestrowy też może być wielkim przeżyciem. Przy czym powtarzam, tak czułem na próbach. Sam wykon to już skupienie się na robocie.

Reklama

Gdy patrzysz na Axla Rose'a, Bono, czy Micka Jaggera, wokalistów starszych od ciebie o 15, 20, 30 lat, życzyłbyś sobie też takiego wigoru scenicznego w ich wieku?
Jeżdżę na nartach, na snowboardzie, na rowerze, biegam. Regularnie, dwa razy w tygodniu chodzę na bieżnię albo jakieś zajęcia, które dają mi komfort związany z wydolnością. Może nie jestem jakoś specjalnie zbudowany, ale wydolność mam dobrą, więc na dzień dzisiejszy odpowiadam, że myślę, że będę w lepszej kondycji od nich (śmiech).

Jak się teraz macie? Jak działa organizm Piotr Kupicha - Feel?
Organizm działa teraz stabilnie. Gramy około 70 koncertów w roku i to w zupełności wystarczy. My już gramy ze sobą tak długo, tak się dotarliśmy, że mówimy sobie, że wiemy o sobie wszystko. Na swoje fochy machamy ręką. Czyli zachowujemy się jak stare małżeństwo, a nie jak młodzi kochankowie. Od 12 lat, od samego początku ten sam team i każdy doskonale wie, jaką funkcję pełni. Szanujemy się. 

Interesuje mnie wasz stosunek do grania tzw. firmówek. Odnoszę wrażenie, przeglądając wasz fanpage na Facebooku, że nie macie problemu z komunikowaniem o graniu firmówek. Widzę, że wrzucacie zdjęcia i mówicie o tym normalnie, bez poczucia robienia chałtury. Czy się mylę?
Kiedyś pracowałem w firmie doradczo-szkoleniowej i nauczyłem się partnersko podchodzić do ludzi. Więc wiem, że jeśli prezes zaprasza swoich ludzi na imprezę, koncert, to te osoby oczekują bycia wyróżnionym. Nie mogę podejść do tematu w ten sposób, że jestem tak zajebisty, że tak dobrze czuję się sam ze sobą, bo napisałem jakąś piosenkę, że aż mi źle, że muszę tam być.
Nie, muszę postarać się wciągnąć tych ludzi w interakcję. To nie polega tylko na graniu piosenek. Mówisz do nich, czasem zażartujesz. Jesteś w tym trochę jak konferansjer. Szkoda, że nie mam takiego ciągu do konferansjerki jak Krzysiu Ibisz. On nawala tego milion, ale wie co robi i za co to robi. Gdybym tak umiał, robiłbym to z największą przyjemnością.
Natomiast my wiemy co robimy, za co to robimy i robimy to z przyjemnością. Nawiązujemy komunikację z ludźmi. A oni są w szoku. Bo widzą, że nie przyjechaliśmy tylko odegrać piosenek, ale tak je zagrać, żeby ludzi wciągnąć do wspólnej grupy z nami. Szacunku do ludzi nie tracimy nawet na sekundę. Dlatego w sezonie martwym gramy sporo firmówek. Pamiętam, kiedyś Myslovitz, których uwielbiam, złapali taki lot, że grali tyłem do publiczności. Oni się tak dobrze czuli we własnym sosie, że publiczności nie zauważali.

Spotykamy się w portalu ŚląskiBiznes.pl po to też, by porozmawiać o biznesie. Wiadomo, że muzyka to twój podstawowy biznes. Ale być może mało kto o tym wie, że uskuteczniasz też inne biznesy. Jak do tego doszło? Czy powiedziałeś sobie, jak w piosence, Piotr, „Pokaż, na co cię stać”?
Raczej „Pokaż na co się stać, ale nie jeden raz”. Z biznesem muzycznym jest tak, że nawet jak jest się czym chwalić, to nie wiem, czy się chwalić. Powiem na własnym przykładzie. Kiedyś prowadziłem pensjonat w Wiśle. To nie był mały obiekt. Zainwestowałem w niego jakieś pieniądze. Nie traktowałem go jako typowy biznes, ale bardziej jak ozdobnik, taki wisiorek, który się ładnie prezentuje, i który wiem, że mam tylko ja, nikt inny. Rzeczywistość jest taka, że w biznesie trzeba zarabiać pieniądze. Pensjonat pełnił dla mnie bardziej funkcję rozrywkową. Przyjeżdżałem tam ze znajomymi, a mniej pilnowałem kasy fiskalnej. Zatrudniałem ludzi, chciałem, żeby to było na wysokim poziomie, ale po pięciu czy sześciu latach musiałem się tego pozbyć. Cieszę się, że udało mi się. Z perspektywy mogę stwierdzić, że nie każdy biznes jest odpowiedni dla osoby o duszy artystycznej. Kiedy byłem w środku, kiedy to się działo, trudno mi było o tym mówić negatywnie, walczyłem, żeby było dobrze. Dlatego też uczulam też osoby z młodego pokolenia, piękne i młode, aby nie inwestowały w biznesy, na których się nie znają.

Na przykład jakie?
Restauracje, siłownie, kluby, pensjonaty, hotele, nie wiem, mógłbym długo wymieniać. Jeśli ktoś zna się na handlowaniu samochodami i zwraca się do artysty z propozycją: wyłóż kapitał, milion, dwa, ja będę sprowadzał samochody, zrobimy biznes na spółkę, to na pewno zarobi na tym ten wspólnik, ale nie artysta. Ja, przez to, że mam bardzo zaufaną osobę – to Tomek Pilarczyk – która opiekuje się wszystkimi rzeczami, by żyło się lżej, czyli z pieniędzmi, i która od 12 lat podpowiada mi w sprawach finansowych, nie mam większych strat. Wiem, że pazerność, chęć szybkiego zarobienia jest złudna. Do pieniędzy dochodzi się ciężką pracą, systematycznością i pilnowaniem interesu. Właściwie jedyną rzeczą, która nie zagrała, to był ten pensjonat.

To znaczy nie zagrała, bo nie poświęcałeś jej odpowiednio dużo uwagi?
Tak. Żeby to przynosiło profity, powinienem być na miejscu. Trzeba było dbać o personel. Ja dbałem o personel, ale bardziej w sposób imprezowy. A przecież nie samą imprezą człowiek żyje. Byłem wówczas w dobrym gazie, jeśli chodzi o imprezy. Dawało mi to dużo satysfakcji. Bywało, że zamykałem pensjonat, nie przyjmowaliśmy przez tydzień gości, bo tyle trwała impreza z kumplami. Więc można sobie wyobrazić, jaki był tok myślenia człowieka, który pisze piosenki na kartce. Myślałem tylko „żyć, żyć i żyć”. Nie było to do końca dobre.
Natomiast bardzo dobrze sprawdza się w moim przypadku wynajem mieszkań. Dobrze jest zainwestować w działki czy mieszkania pod wynajem. Zastanawiałem się, jakby to wyglądało, gdybym to ja chodził do klienta i mówił, że jest czynsz niezapłacony, że trzeba coś tam uregulować. Od razu by było, że Kupicha chce wyrzucić biedną młodą parę na bruk. Natomiast są firmy które się opiekują mieszkaniami, robią do dobrze. Ja mam kilka mieszkań i te mieszkania przynoszą pewien dochód. Powiedzmy 1000 zł miesięcznie, bo mówimy tu o małych mieszkaniach, jak kawalerki, czy dwupokojowe. Mnie większe, typu apartamenty nie interesują. Mieszkania małe bardzo dobrze się wynajmują, szczególnie na zamkniętych osiedlach, jakie są w aglomeracji śląskiej. Nie ma przestojów w wynajmie.

Czyli rentierstwo to twój drugi konik obok muzyki.
Może nie konik, ale nieinwazyjny sposób prowadzenia biznesu. Po latach zauważyłem, że jest to dobra działalność jeśli firmujesz ją swoim nazwiskiem. Jest to pewien zastrzyk pieniędzy i zabezpieczenie, ponieważ w naszej branży opieramy się na graniu koncertów, na wizerunku, na tym, czy nas burmistrz/prezydent lubi i zaprosi, czy nie lubi. Jest wiele składowych, które muszą być spełnione, żeby w naszej branży działać. Na razie dobra passa nas nie opuszcza, ale nigdy nie wiemy, co będzie za rok, za dwa. Może się zdarzyć, że coś się stanie, np. z gardłem i nie pojedziesz w trasę.
Dlatego musisz być realistą. Muzyka jest bardzo pociągająca. Grając tyle lat ja w to wierzę, inaczej, tak jak w piosence, „mikrofon by został schowany w futerał”. Ale oprócz wiary i emocji, które wkładam w muzykę, to trzeba patrzeć na życie trochę wyprzedzając samego siebie, a niekoniecznie zamykać pensjonat na tydzień, żeby zrobić imprezę z kolegami.

No tak, rasowy biznesmen wynająłby komuś pensjonat, zarobił na tym, a kumpli zabrałby na imprezę gdzieś indziej czy do siebie.
Oczywiście. Różnica między artystami a biznesmenami jest taka, że oni są stabilni, stoją mocno na dwóch nogach. Ja też tak się staram, ale nie zmienia to faktu, że czasami wybiegam myślami w rejony mniej stabilne. Tego wymaga mój zawód. Muszę w jakiś sposób przelewać myśli na kartkę papieru po to, by wyobrazić sobie coś, co jest niewyobrażalne, co potem ludzie śpiewają na koncertach.

Mówisz o twardym stąpaniu po ziemi. Nie chcę patrzeć ci w kalendarz, natomiast w marcu stuknie ci czterdziestka. Czy ta zmiana kodu z 3 na 4 ma dla ciebie znaczenie?
Nie wiem, chyba nie ma to większego znaczenia. Choć jak znajomi mi mówią, że wbiją się do mnie na imprezę, bo na pewno będzie jakaś wielka, to ja im, że nie chcę robić żadnej wielkiej imprezy. Nie chcę w ogóle, by było jakieś zamieszanie z powodu mojej czterdziestki. Zresztą pójdę za niedługo na pięćdziesiątkę do znajomego. Pytam: Co, jak się czujesz, czy to coś specjalnego? A on: „Nie, najważniejsze, że mamy przyjaciół wokół siebie, że jest dobra energia wokół”. Także raczej to nie ten czas, by robić jakieś rachunki. Raczej trzeba być konsekwentnym w tym co się robi i popełniać jak najmniej błędów. 40 lat to nie jest już czas na popełnianie drastycznych błędów w biznesie czy życiu.

Zatem, wracając do biznesu, zamierzasz rozwijać działalność?
Tak, zdecydowanie. Raz w roku inwestuję w nieruchomość, tak, żeby do pięćdziesiątki – gdyby coś się posypało muzycznie, pojawiły polipy na gardle (śmiech) – mógłbym sobie spokojnie żyć.

Jedna rzecz mnie w tym nurtuje. Mieszkanie wiąże się z pewnym komfortem. Na Śląsku mamy bardzo wielki problem ze smogiem. Jaki jest twój pogląd na sprawę? Jakie decyzje powinny podjąć władze, żeby żyło nam się lepiej?
Na pewno dobrze, że o pewnych tematach zaczyna się głośno mówić. Jestem rocznik '79. A ty?

'77
To jesteśmy z tego samego pokolenia. Zwróć uwagę na jedno. Kiedy przychodziła jesień, zawsze na Śląsku zaczynało „walić”. Zawsze. Ja byłem przyzwyczajony, że jak spadł śnieg, to był i ten zapach. My tego nie potrafiliśmy nazwać. Teraz to już nazywamy. I bardzo dobrze. No i wydaje mi się, że w przypadku rejonów, gdzie są stare chałpy i fajne chopy, które pilnują swoich gospodarstw, to jak z komina leci dym aż strach, to może nie od razu jakieś wielkie mandaty, ale straż miejska powinna się tym interesować i upomnienie dać, bo nie można palić starych opon.

Ale jesteś za tym, żeby nakazać przechodzenie na nowoczesne piece, na przyłącza do gazu czy sieci ciepłowniczej?
Jak ktoś ma stary piec, to nie zawsze stać go, żeby wyłożyć te 7 tysięcy na nowy z podajnikiem. Znam takie sytuacje. Ale dobrze, że się o tym mówi, bo wtedy ktoś się zaczyna zastanawiać, czym pali i myśli co robić, żeby w powietrzu nie było tyle marasu.

Zatem życzmy sobie dużo zdrowej energii. Dzięki za rozmowę.

Oceń publikację: + 1 + 14 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Komentarze (4):
  • ~prezes 2019-01-16 08:44:31

    tydzień imprezy, ech, też się balowało

    1 0
  • ~Jakubwork 2019-01-16 09:24:26

    To jest wywiad, fajna rozmowa Pan Piotr bardzo szczerze podszedł do zadanych pytań - super, świetny gość! Szacun

    2 0
  • ~adrianek 2019-01-16 17:45:50

    potwierdzam, fajny wywiad

    0 0
  • ~Jan Surzycki 2019-01-19 00:21:52

    siłą Śląska zawsze byli ludzie - poczytajcie o naszym artyście

    0 0

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu slaskibiznes.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.