Kariera

Zainwestowaliśmy w Legendię więcej, niż się zobowiązaliśmy – Paweł Cebula, dyrektor parku

2019-06-09, Autor: Tomasz Raudner

Największa zaleta parku stanowi zarazem jego największą trudność – mówi Paweł Cebula, dyrektor Legendii Śląskiego Wesołego Miasteczka w rozmowie z Tomaszem Raudnerem ze ŚląskiegoBiznesu.pl.

Od 2015 roku Śląskim Wesołym Miasteczkiem, które w tym roku świętuje 60-lecie istnienia, zarządza słowacka spółka Tatry mountain resorts, a.s., która stworzyła zupełnie nową markę – Legendia. To ta sama firma, która jest właścicielem Tatralandii czy kompleksów narciarskich na Słowacji i w Czechach. W wywiadzie z Pawłem Cebulą rozmawiamy o słowackich patentach na biznes na Śląsku, czy wyzwaniach stojących przed Legendią.

Reklama

Tomasz Raudner, ŚląskiBiznes.pl: Ile razy jechał pan Lech Coasterem?
Paweł Cebula
:189 razy.

Nie znudziło się jeszcze?
Nie. Uwielbiam to. Każdy przejazd jest inny. Urządzenie jest tak zbudowane, że ilość osób siedzących w wagoniku, temperatura, miejsce, w którym się siedzi - wszystko ma wpływ na to, z jaką prędkością i odczuciami się jedzie.

O Lech Coasterze jeszcze porozmawiamy, bo to z pewnością był jeden z kamieni milowych rewitalizacji parku. Chciałbym wrócić do początku. W roku 2013 Tatry mountain resorts a.s. podjęło rozmowy z województwem śląskim w temacie przejęcia Śląskiego Wesołego Miasteczka. Zobowiązaliście się, że w ciągu pięciu lat zainwestujecie co najmniej 117 mln zł w rewitalizację obiektu (w 2015 roku TMR zawarło z Parkiem Śląskim umowę o zainwestowaniu wymienionej kwoty do 2020 roku – przyp. red.). Na jakim etapie jesteście pod względem inwestycji?
Jeśli chodzi o same inwestycje, to pod kątem finansowym jesteśmy już grubo ponad kwotę, którą założyliśmy, bo na dzień dzisiejszy to ponad 40 mln euro (około 172 mln zł). Więc myślę, że to jest jeden z nieodłącznych elementów tego, że Tatry mountain resorts a.s. jest rzetelnym inwestorem i wywiązuje się ze złożonych obietnic aż nadto. Widzimy, jak zmieniło się to miejsce, mimo tego, że pozostały kultowe urządzenia, które są dla tego miejsca niewątpliwie dużą wizytówką, jak Legendia Flower, czyli diabelski młyn, w którego gondoli siedzimy, czy Duże Samoloty (dziś DreamFlight Airlines), które zostało wybudowane nawet wcześniej, niż sam park. To pierwsze i zarazem najstarsze stacjonarne urządzenie rozrywkowe w Polsce.

Krążyły opinie, że Słowakom opłaca się inwestować grube miliony, a Polakom niekoniecznie. Z czego to, pana zdaniem, wynika? Czy Słowacy mają inny sposób na biznes?
Jest to niewątpliwie know how słowackiej firmy. Można powiedzieć, że Słowacja jest znacznie mniejszym krajem niż Polska i tamtejsza przedsiębiorczość wykształciła się dużo szybciej i znaleźli pewną metodę na operowanie atrakcjami czasu wolnego, których u nas przez wiele lat brakowało, albo były w stanie, który nie zachęcał do korzystania.

To know how polega też na umiejętności łączenia biznesów i budowania biznesu całorocznego. W ramach spółki TMR mamy na Słowacji działające zimą stoki narciarskie, a latem aquaparki, które kompensują całoroczny biznes. Oczywiście każdy z tych biznesów próbuje się rozwijać, by być całorocznym, ale zawsze dzielimy core biznesy na letnie i zimowe. I dzięki temu, że się kompensują, łatwiej jest zainwestować dużemu słowackiemu holdingowi w rewitalizację takich obiektów, jak Legendia Śląskie Wesołe Miasteczko.

No dobrze, przy czym wesołemu miasteczku "stuknęło” w tym roku 60 lat. Park wymagał ogromnych nakładów, więc decyzja o wejściu w ten biznes musiała być chyba dla TMR obarczona wielkim ryzykiem?
Oczywiście. Generalnie każdy biznes wiąże się z ryzykiem i pojawia się pytanie, czy jesteśmy w stanie to ryzyko podjąć. TMR zainwestowało pierwszy raz w park rozrywki, ale nie pierwszy raz podjęło się rebrandingu i odbudowy marki miejsca, które było wcześniej w świetności, a z czasem jego renoma podupadła. Nie jest przecież tak, że wszystkie nartostrady i wyciągi w Tatrach zaczęły funkcjonować dopiero wraz z pojawieniem się TMR. Działały dużo wcześniej. Były to odpowiedniki naszych PKL – Polskich Kolei Linowych, nazywały się Tatrzańskie Linowe Drahy. Tatry po słowackiej stronie nie były doinwestowane, nie wyglądały jak dziś, kiedy przyciągają setki tysięcy narciarzy co roku. Odbudowa i rozbudowa infrastruktury, dostarczenie klientom pełnego pakietu usług, przez co nie trzeba szukać wypożyczalni, instruktora, miejsca noclegowego, czegoś do zjedzenia sprawiło, że TMR stało się wiodącą marką w Europie, a na pewno największą w Europie Centralnej i Wschodniej.

O zobowiązaniu co do kwoty już mówiliśmy. W umowie są zawarte też zapisy o przedłużeniu dzierżawy i powiększeniu terenu Legendii. Czy już o tym myślicie?
Tak. TMR już na etapie negocjacji zapewniło sobie możliwość rozwoju marki Legendia, by była porównywalna z parkami rozrywki w Europie. Umowa dzierżawy została zawarta na 30 lat, ale z klauzulą zawieszającą, jeśli spółka nie wywiązałaby się z planu inwestycyjnego. To spółce nie grozi, bo jak już mówiliśmy kwota jest dawno przekroczona, a kluczowe urządzenia zapisane w planie są w trakcie realizacji. Mamy już wspomnianego Lech Coastera, obok nas jest Bazyliszek. Na ten sezon przygotowaliśmy nową atrakcję, która jest dostępna na Dzień Dziecka, zaś sezon 2020 rozpoczniemy czwartym, ostatnim kluczowym urządzeniem, które zamknie pierwszy etap modernizacji parku.

Co to za urządzenie?
Na chwilę obecną mogę powiedzieć tyle, że troszkę się zmoczymy, ale na pewno będzie to urządzenie dla całych rodzin.

Czyli nie ma ryzyka, że inwestor po roku, dwóch latach „się zwinie”.
Myślę, że najlepszym gwarantem jest ilość środków zainwestowanych. Tak wysoka kwota nie zwróci się w rok, mimo najlepszych planów. To jest jedna rzecz. Z drugiej strony tych środków nie udałoby się w prosty sposób odzyskać, nawet gdyby inwestor chciał zrezygnować z realizacji projektu. Na to się oczywiście nie zanosi, bo TMR mocno inwestują w Polsce, nie tylko tutaj, ale również w Szczyrku. Biznesy letni i zimowy kompensują się, ale będziemy mocno pracować, aby to miejsce, nawet jako regionalny park, było wizytówką i województwa śląskiego i Grupy Tatry mountain resorts, a.s.

Dywersyfikacja biznesu to mądra strategia. A jak wygląda sprawa z bilansowaniem się samej Legendii. Zarabia na siebie?
Legendia zaczyna na siebie zarabiać. Mówię tu o wynikach menadżerskich, bo finansowo – w związku z wysokością kapitału zaangażowanego w inwestycję - nie możemy mówić, że jesteśmy na plusie. Trzeba spłacać środki inwestycyjne, odsetki od tych kwot. W każdym razie EBITDA, czyli zysk operacyjny jest na plusie.

Jakie są największe zalety parku i przeciwności, z którymi Legendia musi się zmagać?
Tak naprawdę największa przeciwność jest zarazem największym walorem. Jesteśmy parkiem regionalnym, w którym niewątpliwie największą rolę odgrywają miejscowi klienci. Stanowią 90 proc. ogółu. Lokalizacja parku jest idealna, bo jesteśmy w środku Metropolii, z łatwym dojazdem komunikacją publiczną. Wysiadamy z tramwaju 15 metrów od bramy głównej. Nawet największe parki na świecie nie mają tak dobrego połączenia. Dla przykładu do EuroDisneylandu podróż z Paryża koleją podmiejską zajmuje 45 minut. Ale nasze położenie jest zarazem minusem. Mamy ograniczone możliwości rozwoju. A też fakt, że naszym głównym klientem są mieszkańcy okolicy powoduje, że kiedy taka osoba wyjrzy przez okno i zobaczy, że pada, to już do nas nie przyjdzie. I odkłada wizytę na przyszły tydzień, miesiąc, sezon.

Dużym plusem jest to, że staramy się być parkiem rodzinnym, bez dywersyfikacji urządzeń na strefę dziecięcą, strefę urządzeń ogólnodostępnych, czy strefę ekstremalną. Ideą jest to, że jak przyjdzie rodzina z młodszymi dziećmi i starszymi, to nie musi się dzielić i spotykać na koniec dnia, tylko mogą razem się bawić. Dodatkowo przygotowaliśmy kategoryzację urządzeń – oznaczyliśmy wprost, które urządzenia są ogólnodostępne, które mają określone wymagania, a do tego dołożyliśmy intensywność. Jeśli przyjdę z rocznym dzieckiem na urządzenie ogólnodostępne, ale zobaczę, że jego intensywność określona jest na trzy gwiazdki, to mogę się zastanowić, czy na pewno będzie to odpowiednie miejsce do zabawy dla mojej pociechy.

Skoro lokalizacja ogranicza wasze możliwości rozwoju, to czy myślicie w ogóle o powiększeniu parku?
Generalnie tak. Plany zawsze mamy. Pierwszy etap modernizacji zbliża się wielkimi krokami do końca, natomiast pozostały nam tematy przyszłościowe. Umowa dzierżawy jest wieloletnia z opcją wydłużenia, więc nikt nie planuje zamknięcia. Staramy się być parkiem nowoczesnym, ale też parkiem na miarę tego miejsca. Myślę, że Lech Coaster i Bazyliszek są przykładami, jak świetnie można zainwestować pieniądze w atrakcje, które są już rozpoznawalne w świecie. Bo te 10 proc. klientów, które nas odwiedziło w 2018 przyjechało do nas z 57 krajów.

Porozmawiajmy chwilę o 60-leciu Wesołego Miasteczka. Ile dziś jest starego parku w nowym? Jak zamierzacie świętować okrągły jubileusz?
Podjęliśmy kilka wyzwań. 60-lecie jest chlubą i dumą, ponieważ niewiele parków w Europie może poszczycić się tak długoletnią tradycją. Wiadomo, że Wesołe Miasteczko w latach 60. i 70., z racji swojej ówczesnej, było unikatowe zarówno w skali Polski, jak i Europy, podobnie jak i Park Śląski. Więc chcemy odświeżyć tę pamięć. Rozpoczęliśmy konkurs 60 Years Challenge. Na weekend urodzinowy we wrześniu chcemy otworzyć pamiątkową wystawę. Chcemy też wykonać kolaż pokazujący wiele zmian, które zaszły w parku.

Trzeba pamiętać, że park zmienił się nie tylko w ciągu ostatnich czterech lat. Tworząc park generał Jerzy Ziętek zakładał, że będzie miał powierzchnię 36 hektarów, a nie 26, jak ma dziś, tak więc plany były dość duże, co też niewątpliwie było ewenementem w skali kraju. Pamiętajmy, że Wesołe Miasteczko wiele lat funkcjonowało w PRL, w bloku socjalistycznym, gdzie wszystko było wspólne, a w tym miejscu było mnóstwo tzw. prywaciarzy, bo karuzele, które tu stały były prywatnymi, a nie parkowymi, stąd też oddzielne płatności, różne koszty, brak wspólnego biletu. Potem był okres nieudanej zmiany pod nazwą Śląski Park Atrakcji. Później nastąpiła próba przejęcia obiektu przez samorząd i jego zmiany w park konkurencyjny dla innych. Wiadomo, jak się to skończyło.

No i rok 2015, kiedy pojawił się inwestor z prawdziwego zdarzenia, który podjął się gruntownej zmiany Wesołego Miasteczka i przekształcenia w park tematyczny, który ma swoją myśl przewodnią i ją sukcesywnie realizuje ożywiając mity i legendy. Mało kto wie, że Śląsk miał swojego bazyliszka czy meluzyny, choć nie miał dostępu do morza. Chcemy, żeby Legendia była przyczynkiem do popularyzacji tych legend.

Dziękuję za rozmowę.

>>>>Legendia ze słowackim patentem na sukces - zobaczcie wywiad wideo w diabelskim młynie<<<

Oceń publikację: + 1 + 5 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu slaskibiznes.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.