Wiadomości

Kto kłamie w sprawie cen prądu? Kontrowersyjna kampania zaskarżona

"Opłata klimatyczna Unii Europejskiej to aż 60 proc. kosztów produkcji energii" - taki napis można już zobaczyć na ulicach kilku polskich miast i w gazetach. Antyunijna kampania - finansowana przez państwowe spółki - ma wkrótce trafić również do telewizji. Tymczasem, zdaniem opozycyjnych polityków czy specjalistów - akcja opiera się na fakenewsach, lub łagodniej mówiąc - półprawdach i niedomówieniach. Kto ma rację w tej dyskusji?

Reklama

Ogromna inflacja w ostatnich miesiącach spowodowana jest m.in. wzrostem cen energii. Rządzący przekonują, że jednym z powodów, dla których za energię elektryczną płacimy więcej, jest polityka klimatyczna, jaką prowadzi Unia Europejska. 

Inflacja wzrosła ze względu na covid, manipulacje cenowe Gazpromu i ze względu na nieodpowiedzialną politykę klimatyczną Unii Europejskiej — mówił niedawno Mateusz Morawiecki na konferencji prasowej.

Tymczasem to właśnie szef rządu pod koniec 2020 r. wyraził zgodę na nową politykę klimatyczną Unii Europejskiej, obejmującą ograniczenie emisji CO2 o 55 proc. Premier tłumaczył wówczas, że osiągnął sukces, ponieważ Polska otrzyma dodatkowe środki na transformację energetyki.

To fakenews, za który sami płacicie

W międzyczasie na banerach, zamieszczonych w kilku polskich miastach oraz w mediach, pojawiły się reklamy, które krytykują politykę Unii Europejskiej i to ją obarczają odpowiedzialnością za wysokie wskaźniki inflacji. Swoje zdanie na ten temat przedstawił na facebookowym profilu poseł z Rybnika, Marek Krząkała.

Tym antyunijnym fakenewsem rząd PiS i państwowe spółki energetyczne próbują wymigać się od odpowiedzialności za drogi prąd dla Polaków. Są billbordy, są ulotki i reklamy w mediach za które zresztą sami płacicie. Wysokim cenom prądu rzekomo winna jest polityka klimatyczna Unii Europejskiej - czytamy.

Zdaniem Marka Krząkały, na rachunek za prąd składa się:

  • produkcja energii - ok. 32% (w tym owa polityka klimatyczna UE),
  • wykorzystanie sieci - ok. 32%,
  • podatki i opłaty krajowe - ok. 36%.

Poseł podnosi też, że miliardy pozyskane z systemu unijnego na potrzeby handlu uprawnieniami do emisji CO2 zasilają polski budżet.

To łącznie już 64 mld zł, a w samym 2021 r. to było 28 mld zł. Rządy mają obowiązek 50% tych kwot przeznaczać na transformację energetyczną stąd m.in. programy Czyste Powietrze i Mój Prąd. Drugie 50% mogą wydać dowolnie, choć w wielu państwach wspólnoty nawet 100% środków idzie na cele związane z klimatem i energetyką. Wszystko zależy od rządzących. Od 2021 r. na naszych rachunkach za energię jest nowa pozycja - podatek PiS: opłata mocowa. Zatem to nie polityka klimatyczna Unii Europejskiej, a brak transformacji winduje ceny energii w Polsce i decyzje podejmowe przez rząd PiS. Koszt uprawnień do emisji CO2 odpowiada tylko za ok. 23% rachunku za prąd - podsumowuje Marek Krząkała.

Jak podaje poseł, 2021 rok polska energetyka zamknęła ostatecznie zyskiem w okolicach 9,5 mld zł.

W haśle tkwi ułamek prawdy

Kampanię, której głównym przesłaniem jest hasło "Polityka klimatyczna UE = droga energia i wysokie ceny" postanowili uzupełnić specjaliści z portalu wysokienapiecie.pl. Ich zdaniem, hasło jest częściowo zgodne z prawdą – efektem polityki klimatycznej Unii Europejskiej jest wzrost cen uprawnień do emisji CO2.

Podobnie jak w przypadku zrzucania ścieków do rzek czy wysypywania śmieci obowiązuje tu zasada "zanieczyszczający płaci". Zamiast podatku od emisji, na którego nie zgodziły się państwa członkowskie, Unia wprowadziła "rynkowy" system emitowania i umarzania uprawnień do CO2. To rozwiązanie podobne do polskiego systemu zielonych certyfikatów, wspierającego odnawialne źródła energii, który wprowadziliśmy w naszym kraju w 2005 roku - tłumaczy Bartłomiej Derski z portalu wysokienapiecie.pl.

W obu przypadkach mowa oczywiście o rynkach sztucznie kreowanych przez regulacje, ale mających – przynajmniej w teorii − jak najefektywniej doprowadzić do przyjętego celu.

W przypadku cen CO2 chodzi o zmuszenie przemysłu i producentów energii do sięgania po coraz bardziej zaawansowane rozwiązania ograniczające emisję CO2 wraz ze wzrostem cen uprawnień. Jeżeli redukcja emisji nadąża za spadającą liczbą uprawnień, ich cena jest w stanie utrzymać się na podobnym poziomie. Jeżeli jednak emisje bardzo szybko rosną – jak stało się to w Europie w ubiegłym roku, cena uprawnień także szybuje - dodaje Bartłomiej Derski.

Dlaczego emisje CO2 tak szybko wzrosły? Specjaliści z portalu wysokienapiecie.pl podają kilka powodów:

  • przemysł szybko zaczął się odbudowywać, aby dostarczyć towary, których nie kupowaliśmy podczas lockdownu,
  • poprzednia zima się dłużyła, zwiększając zapotrzebowanie na ogrzewanie,
  • na Morzu Północnym wiało zauważalnie mniej niż zwykle, w Skandynawii i Alpach spadla ilość wody poruszającej turbiny hydroelektrowni, a we Francji przedłużały się remonty i przeglądy elektrowni atomowych.

Jednym słowem, produkcja energii z bezemisyjnych źródeł przestała nadążać za rosnącym popytem. To samo zjawisko dotyczyło zresztą całego świata. W efekcie popyt na paliwa kopalne wzrósł tak bardzo, że ich ceny też przebiły sufit, co dodatkowo podsycają zmniejszone dostawy gazu z Rosji do Europy.I to właśnie ceny gazu, a nie uprawnień do emisji CO2, od kilku miesięcy napędzają rekordowo wysokie ceny energii elektrycznej na europejskich giełdach. 

Unia Europejska zabiera głos

Tymczasem w sprawie zabrali głos polscy przedstawiciele Unii Europejskiej.

Polityka unijna nie jest odpowiedzialna za 60 proc. Twojego rachunku za prąd. Przeciwnie, znaczna część tego rachunku składa się z kosztów przesyłu, podatków krajowych i innych opłat. Pieniądze ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 nie trafiają do Brukseli, tylko do polskiego budżetu" - czytamy na Twitterze.

 

Tweet przekierowuje do komunikatu prasowego, w którym KE cytuje fragmenty artykułu, jaki wiceprzewodniczący wykonawczy Komisji Europejskiej Frans Timmermans napisał dla portalu Onet.pl.

Polityka unijna NIE jest odpowiedzialna za 60 proc. państwa rachunków za energię. Niektórzy operują taką liczbą, przeinaczając sens dyskusji i pomijając fakt, że znaczna część tego rachunku składa się z kosztów przesyłu, podatków krajowych i innych opłat, a opłata za emisję dwutlenku węgla nie trafia do Brukseli, tylko bezpośrednio do polskiego budżetu - napisał Timmermans.

Do tego doliczyć trzeba 45 miliardów złotych z funduszu modernizacyjnego – który jest częścią atakowanego przez niektórych systemu handlu uprawnieniami do emisji. Zaproponowaliśmy również nowy Społeczny Fundusz Klimatyczny, w ramach którego polskie rodziny i mali przedsiębiorcy mogą otrzymać dodatkowo 58 miliardów złotych na inwestycje w czystsze ogrzewanie, produkcję własnej energii elektrycznej albo po prostu pomoc przy płaceniu rachunków za energię - czytamy dalej w cytowanym artykule.

"Koszt kampanii to tajemnica przedsiębiorstwa"

Jak autorzy kampanii ustosunkowują się do stanowiska posła Marka Krząkały? Czym poparte są informacje przedstawione na billboardach? I ile kosztowała kontrowersyjna akcja? Takie pytania skierowaliśmy do Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Kampania prowadzona przez TGPE odnosi się bezpośrednio do rosnących kosztów  produkcji energii i wskazuje, że 60% kosztów wytworzenia energii to koszt polityki klimatycznej Unii Europejskiej. W żaden sposób kampania nie informuje, że 60% kosztów wytworzenia energii wynikającej z kosztów uprawnień do emisji przekłada się na 60% kwoty na rachunku dla odbiorców końcowych, który obok kosztów energii  obejmuje także koszt dystrybucji  energii oraz inne opłaty. W ten sposób TGPE odnosi się wyłącznie do obszarów działalności wytwórców energii, sprzedających energię elektryczną na rynku hurtowym. Dystrybucją energii elektrycznej zajmują się inne podmioty - czytamy w oficjalnym komunikacie.

Jak wynika z wypowiedzi, TGPE oparło swoją kampanię o informacje uwzględniające bieżącą sytuację na unijnym rynku EU ETS oraz ceny na hurtowym rynku energii, które wskazują jednoznacznie, że konsekwentny wzrost cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla (EUA) jest obecnie jedną z głównych przyczyn wzrostu cen energii elektrycznej w Polsce.  

Biorąc pod uwagę skalę potrzeb inwestycyjnych sektora energetycznego w Polsce, Polskie Elektrownie stoją na stanowisku, że system EU ETS powinien być szansą na dalszą transformację sektora, a nie przyczyną drastycznego ograniczenia środków finansowych, które polskie przedsiębiorstwa oraz państwo polskie mogłyby przeznaczyć na inwestycje w kierunku zeroemisyjnym - tłumaczy przedsiębiorstwo.

Natomiast kosztów kampanii Towarzystwo Gospodarcze Polskie Elektrownie w ogóle nie zdradza. 

Informacje dotyczące kosztu kampanii stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa - informują przedstawiciele spółki.

Kontrowersyjna reklama zaskarżona

Tymczasem dr Adam Warzecha, językoznawca z Uniwersytetu Śląskiego poinfomował w serwisie LinkedIn, że zaskarżył reklamę Polskich Elektrowni do Rady Reklamy.

Oceń publikację: + 1 + 0 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu slaskibiznes.pl nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Otrzymuj najciekawsze newsy biznesowe ze Śląska!

Zapisz się do naszego newslettera!

Sonda

Blokada miliardów z UE. Kto ma rację?



Oddanych głosów: 213

Prezentacje firm